Komiksy, manga i RPG
Data: 29-05-2001 o godz. 17:30:52
Temat: Wywiady


Wywiad z Andrzejem Sapkowskim przeprowadzony podczas Festiwalu Komiksu w Łodzi.

Poniższy tekst jest autoryzowany i pochodzi ze spotkania z Andrzejem Sapkowskim podczas Festiwalu Komiksu w Łodzi.

KW: Czy sięga pan po komiks? AS: Ostatnimi czasy bardzo, bardzo rzadko. Moja przygoda z komiksem skończyła się dawno temu, bo mowa o wczesnych latach 60-tych. W tym okresie do łódzkiego Empiku przywożono francuskiego "Vaillanta", tygodnik, w którym był sam dobry komiks. Na tymże francuskim wydawnictwie uczyłem się komiksu. Dalsza edukacja komiksowa zaczęła się dopiero za czasów maturalnych, kiedy pojawiły się angielskie komiksy "Eagle" i "Valiant". Jeszcze później, przez czysty przypadek, syn mojego dyrektora, który był ambasadorem w Belgii, nauczył się tam czytać "Tintina" i pożyczył mi cały rocznik tego komiksu. Kolejnym etapem było oglądanie komiksów na półkach. Ciągnęło oko do kolorowych okładek, ale jak już miałem wydać pieniądze wybierałem książkę. KW: Co sądzi pan o mandze? AS: Manga to przygoda ostatnich lat. Nie pamiętam dokładnie kiedy zetknąłem się z nią pierwszy raz, ale było to na przełomie lat 70-tych i 80-tych, podczas mojego pobytu w Japonii. Wtedy to po raz pierwszy trafiłem na telewizję, w której było sto programów (z czego połowa to były rozgrywki golfa), których z wiadomych przyczyn nie rozumiałem, lecz kiedy na którymś kanale natrafiłem na kreskówkę gdzie rąbali się mieczami, chętnie to oglądałem. Sami rozumiecie, dialogi były raczej nieskomplikowane, albo ich w ogóle nie było, było natomiast co oglądać. Był to mój pierwszy kontakt z mangą i anime, choć ja oczywiście wtedy nie wiedziałem, że to się tak nazywa. Do dziś szczytem artyzmu, jeżeli chodzi o komiks, jest dla mnie komiks frankofoński, lecz manga na jego tle wybitnie się wybija. Dzieje się tak dlatego, że jest ona strasznie atrakcyjna wizualnie, jest piękna (nie każda oczywiście). W większości jest to kreska ciesząca oko. KW: Ostatnio chyba najgorętszym tematem dotyczącym pańskich książek jest kręcony na ich podstawie film. Na której części sagi będzie oparta fabuła? AS: Krótko mówiąc, na żadnej. Odpowiedź jest prostsza niż konstrukcja nawet nie cepa, lecz futerału do niego. Film nabył ode mnie dwa zbiory opowiadań "Ostatnie życzenie" i "Miecz przeznaczenia" i tylko te mogą wykorzystać w filmie. To czego nie było w tych opowiadaniach w filmie też nie będzie. Muszę w tym miejscu dodać od siebie, że gdyby miesiąc temu przejechał mnie samochód na pewno żadna gazeta w Polsce, by o tym nawet nie wspomniała. Jednak po tym jak okazało się, że kręcą film, nie dość, że było w głównym wydaniu wiadomości to jeszcze w jakiejś podrzędnej gazecie zamieszczono obszerną notkę na dwie strony ze zdjęciami. Jest to dowód na to w jak dalece wizualnej kulturze żyjemy, że oprócz filmu i "widło" nic po prostu się nie liczy. KW: Wiadomo, że oprócz filmu fabularnego ma powstać serial. AS: Serial ma mieć dwanaście odcinków. Tak się zwykle robi, aby realizatorzy odbili sobie grosz, który w ten film włożyli, a wieść niesie, że nie jest on mały. KW: Czy podjąłby się pan napisania orginalnego scenariusza do komiksu? AS: Nie wiem. Szczerze mówiąc po mojej przygodzie z komiksem raczej niechętnie. Uważam również, że nie jest to dobry pomysł, aby autor dokonywał sam adaptacji. Mam wewnętrzne przekonanie, że to, co zrobiłem, jest do jakiegoś stopnia ideałem. Wynika to z faktu, że żadna z książek, opowiadań, a nawet scen nie były napisane z wolnej ręki. Każdy element powieści po kolei był poddawany procesowi obróbki, ciągłym poprawkom, szlifowaniu i modyfikacjom. Odrzuciłem wszystkie złe wersje, z bryły marmuru odkułem wszystko, co nie było Wenus z Milo, a Wanus z Milo ma tylko to co ma mieć i nie zostało nic do odkuwania. Gdybym miał więc tę całość przyciąć lub przykleić do jakichś ram medialnych, czy sztuki teatralnej, czy słuchowiska radiowego, czy nawet komiksu to, dokonałbym czegoś w rodzaju gwałtu na sobie. Czy napisałbym orginalny scenariusz do komiksu? Chyba nie, gdyż brak mi wyobraźni "obrazkowej". Może scenariusz powstałby gdyby istniała możliwość, że ja wpisałbym tekst w "chmurki", a dopiero wtedy ktoś to narysował, to wtedy tak. KW: Dlaczego fantasy i skąd pomysł na Wiedźmina? AS: Niewątpliwie fascynacje lekturowe. Gatunek poznałem po przeczytaniu "Trylogii" Tolkiena. Myślałem, że w tym gatunku jest tylko Tolkien i na tym kończy się gatunek. Kiedy przy okazji moich wyjazdów służbowych (pracowałem w handlu zagranicznym) bywałem na lotniskach całego świata, gdzie kupowało się coś do czytania. Byłem bardzo zaskoczony kiedy znowu natknąłem się na literaturę fantasy. Wiadomo, w Moskwie można było kupić tylko "Prawdę", ale już w takim Sztokholmie kupiłem Rogera Zelaznego "Jack of Shadow" (na polski przetłumaczoną jako "Widmowy Jack") i po przeczytaniu tej książki strasznie mi się ten gatunek spodobał; pomyślałem "...a to oprócz Tolkiena, ktoś w tym gatunku jeszcze jest." Ciągle jednak, nie do końca przekonany wolałem tzw. fantastykę "hard", czyli naukową. Byłem za granicą - tym razem w Amsterdamie, w hotelu gdzie jak to zwykle bywa dopadła mnie nuda. Postanowiłem kupić książkę i kupiłem "Ziemiomorze" Ursuli Le Guin. Wiedziałem, że jest to trylogia, lecz mimo to kupiłem pierwsze dwa tomy, bo po co wydawać ciężko zarobione pieniądze na książkę, która może okazać się nudna. Skończyło się na tym, że rano leciałem jak opętany do księgarni żeby kupić ostatnią część. Później przyszła Marion Zimmer Bradley i jej "Mgły Avalonu". Jak widać uczyłem się fantasy na dobrych przykładach. Wreszcie wpadłem na pomysł, że skoro "Fantastyka" ogłasza konkurs, czemu nie napisać opowiadania. Myślałem, że w tym gatunku nikt nie napisze, bo wtedy - jak sądziłem - wszyscy pisali tylko o kosmosie i o tym jak robimy w nim socjalizm. Tymczasem okazało się, że na konkurs przyszło około 300 prac, z czego 298 było fantasy. Na szczęście była to fantasy w stylu "zabili go i uciekł", więc mój "Wiedźmin" wyróżniał się dość korzystnie na tym tle. W tym miejscu należałoby powiedzieć również dlaczego wiedźmin, dlaczego właśnie na niego wpadłem. Poszukiwałem swojej własnej drogi w tym wszystkim, żeby nie była to ta typowa, klasyczna "Conanowska" opowieść o tym jak, szli, szli i kogoś tam zabili. W związku z tym wydało mi się całkiem niezłą koncepcją opowiedzenie na nowo bajki, gdzie zamiast Szewczyka, czy jakiegoś innego bohatera - idealisty, który zabija smoki i uwalnia księżniczki, wystąpi zawodowiec. Kolejna sprawa, pisząc to opowiadanie miałem nim zakończyć moją karierę w fantastyce. Nie miałem absolutnie pomysłu ani chęci pisać dalej. Później to fanowska miłość :) tak mnie urzekła, że kontynuowałem pisanie. KW: Czy saga o wiedźminie jest już definitywnie zakończona? AS: Ci, którzy czytali sagę wiedzą, że jest ona ukończona, bo jakoś tak dziwnie wyszło, że w zakończeniu słowo "koniec" było napisane. Ludzie, którzy ciągle wierzą w rozpuszczane plotki o tym jakoby saga pisana była na zasadzie rzutu trzema kostkami dwudziestopolowymi, wynik porównywany z tabelą i zgodnie z tym wynikiem - i trup padał, i ożywali inni - są w błędzie. Jest to bujda rozpuszczana przez nielubiących mnie osobników. Rzecz (mowa o sadze: przyp. red) była zaplanowana w najdrobniejszych szczegółach. Wszystko skończyło się tym czym miało się skończyć. KW: Czy "Oko Yrrhedesa" to system RPG? AS: Jest to książka, a raczej zbiór artykułów, który miał się ukazać w sumie obojętnie gdzie i miał służyć graczom RPG, w czasach, kiedy nikt, niczego o RPG nie wiedział. Pamiętam czasy, kiedy na konwentach fantastycznych dwóch, trzech ludzi grało w jakieś gry (nie tak, jak teraz całe sale gimnastyczne). Siedzieli po cichu w kącie i grali. Reszta przyglądała się im z wielkim zdumieniem nie wiedząc kompletnie o co chodzi. Ja akurat poznałem RPG wcześniej, podczas moich spotkań z fantastyką poza granicami kraju. W Łodzi była silna grupa, która grywała w AD&D. Miałem z nimi kontakt i wtedy powstała rzecz będąca podręcznikiem dla ludzi, którzy nie mogli pojechać do Ameryki kupić go sobie za sto dolarów. Ludzie byli zmuszeni tworzyć systemy i przygody sami. "Oko Yrrhedesa" było pisane właśnie pod takich ludzi. Niestety książka została opublikowana dopiero wtedy, kiedy już wszyscy grali w RPG, mogli kupić podręczniki i kości jakie tylko chcieli. KW: Czy grywał pan w RPG? AS: Nie grałem, natomiast "mistrzowałem". Grywałem ze znajomymi w system Steva Jacksona. Był to prosty, ogólnie dostępny system, w którym stosowało się kości sześciościenne. Nie trzeba było się niczym przejmować, siadało się i grało. Nie trzeba było nawet uczyć ludzi - było to tak dziecinnie proste, że można było pograć ze wszystkimi. KW: Czy zna pan nowe systemy RPG? AS: Nie, już ich nie znam. Znałem najbardziej klasyczne AD&D, D&D, Warhammera i koniec. Resztę znam tylko z nazwy. KW: Co pan teraz przygotowuje? AS: Piszę książkę fantastyczną, ale w ramach subgatunku fantasy, który nazywa się fantasy historyczne. Będzie to książka spełniająca oczywiście wszystkie wymogi kanonu, ale dzieje się w realiach ściśle historycznych, bez żadnego naginania pod historię alternatywną. Fabuły nie będę opowiadał. Realia historyczne to królestwo Czech, Śląsk, XV wiek. Pierwszy tom ukaże się w przyszłym roku, na jesieni. Dlaczego tak późno? A dlatego, że nie popędzam się. Piszę tak, jak mi idzie. Po napisaniu sagi o wiedźminie nabrałem wstrętu do pisania książki rok w rok, gdyż taki tryb tworzenia jest strasznie męczący. KW: Czy stworzył pan nowy język na potrzeby książki tak jak Tolkien? AS: Nie, nie stworzyłem. Tolkien to zrobił, gdyż był lingwistą, znał około 19 języków obcych, w tym wiele martwych. Nie stworzył zresztą jednego języka, lecz kilka. Ja natomiast ograniczyłem się do stworzenia kilku zdań, w których jedynie chodziło o to, żebym nie musiał robić gwiazdki i opisu na dole strony, gdyż strasznie mnie to denerwuje, że np. ktoś napisze sobie drapatuluk papatuluk, a pod spodem tłumaczenie: zamykajcie drzwi bo muchy wlatują. Celem moim było, aby tekst w wymyślonym języku był do przyjęcia dla Polaka, będącego erudytą i mającego duże zdolności do czytania obcych języków; był zrozumiały bez gwiazdki. W związku z tym uważałem, że jeżeli skonstruuję na bazie języków generalnie czytelnych dla Polaków, czyli: francuski, angielski, łacina i niemiecki, oraz żeby było śmieszniej podbarwię celtycko, to nikogo nie będzie obchodziło, co znaczy to zdanie, ale i tak będzie mniej więcej wiadomo o co idzie. Robiłem to na zasadzie koktajlu językowego. KW: Czy będzie pan pisał dalej? AS: Rzecz jasna. Przecież jestem zawodowcem. Muszę jakoś na komorne zarobić. Nie mam już innego zawodu ani źródła utrzymania. Innego wyjścia już nie mam: albo pisanie, albo eksmisja.





Artykuł jest z Andrzej Sapkowski Zone
http://www.sapkowski.pl

Adres tego artykułu to:
http://www.sapkowski.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=495