Strona główna Sapkowski Zone -=[ Strona Filmowa poświęcona ekranizacji prozy Sapkowskiego ]=-


Relacja z drugiego pobytu na planie filmu "Wiedźmin". Autor: Łukasz Wasilewski alias Kruk (gondor@polbox.com). Wszelkie prawa zastrzeżone.


   Niedawno spędziłem trzy piękne, zimowe dni w towarzystwie ekipy filmowej "Wiedźmina". Dowiedziałem się wielu nowych rzeczy - napawających optymizmem, jak i niezbyt krzepiących. Bawiłem się i pracowałem. A było tak:

   Do filmowców dołączyłem na drodze prowadzącej do Żeliszowa - małej miejscowości położonej pod Bolesławcem. Dzień zdjęciowy miał się już ku końcowi, sprzęt był złożony i spakowany. Szybko znalazłem panią Ewę Brodzką, drugiego reżysera filmu. Jest skromnej postury, bardzo miła i wiecznie zabiegana. Wyjaśniła, że około godziny szesnastej nastąpi "przeprowadzka" do położonego o kilkadziesiąt kilometrów na południe Karpacza. Z pomocą pani Ewy zaklepałem sobie miejsce w jednym z trzech terenowych busów, z których korzysta ekipa. Do chwili odjazdu napotkałem kilka znajomych twarzy: Jurka Mizaka (pseudonim Jerry) z nieodłącznym telefonem komórkowym, Marka Brodzkiego, który w jaskrawo-pomarańczowej kurtce rzucał się od razu w oczy (jako, że jest człowiekiem pokaźnej postury), krzątającego się przy sprzęcie nagłaśniającym Wiesława Znyka, jak zwykle chodzącego w czapce baseballowej, ogrodniczkach i ciepłym swetrze. Po raz pierwszy zobaczyłem Michała Szczerbica. Niewysoki, w czarnej wełnianej czapce. Jego wyraz twarzy nie wzbudził we mnie uczucia sympatii. Zawzięcie dyskutował z reżyserem i kierownikiem planu. Na chwilę przed odjazdem zdążyłem jeszcze odwiedzić panią Bogusię i uraczyć się kubkiem gorącej herbaty.
   Michała Żebrowskiego spotkałem w pobliżu samochodu, którym mieliśmy zaraz odjechać. W niczym nie przypominał wiedźmina. Długie, białe włosy miał upięte w prowizoryczny kok i schowane pod czapką z daszkiem. Dżinsowe spodnie wyglądały na równie wygodne, co wysłużone. Podobnie luźna bluza i adidasy. Nikt nie zwróciłby teraz na niego uwagi.

   Usadowiłem się wygodnie obok Elżbiety Kuśnierz, kostiumologa. Przed nami usiadł wyraźnie zmęczony pan Michał. Dosiedli się Szczerbic, Brodzki, Mizak, oraz kilkoro innych członków ekipy, których jeszcze nie znałem. Ruszyliśmy. Żebrowski nie miał raczej sił na rozmowę ze mną. Wprost przeciwnie, z uporem próbował wszytkich pozycji w które pozwoliłyby mu zapaść w sen. Wreszcie legł bokiem na dwóch siedzeniach. Skoncentrowałem się na delikatnym inwigilowaniu pani Eli, która nie zdradzała na szczęście oznak zmęczenia.
   - Strój, wygląd aktora jest dla niego bardzo ważny, pozwala lepiej wczuć się w rolę. - powiedziała - Niestety, on sam siebie nie widzi. Od tego jesteśmy my. Michał Żebrowski to moje "dziecko" - dodała z uśmiechem.
   - Czy filmowy wiedźmin ma wiele kompletów ubrań?
   - Nie, posiada generalnie jeden strój. Czasami dodatkowo ubiera opończę. Geralt nie jest postacią, która często zmienia odzienie. No, chyba że dobrowolnie się go pozbywa...
   - Jaka jest pani bezpośrednia rola na planie?
   - Mam za zadanie cały czas pilnować, żeby wszystko było ładnie ułożone, dostosowane, dobrze pasowało. Podczas kręcenia nie może być żadnych niedociągnięć. Wiedźmin z krzywo ułożonym mieczem wyglądałby bardzo nieciekawie...
   - Kto oprócz pani pracuje nad wizerunkiem wiedźmina, oraz innych aktorów?
   - To jest cały sztab ludzi. Specjaliści od broni, charakteryzatorzy, wiele, wiele osób.
   Po półgodzinie niemal cały autobus spał. Obudził się tylko Michał Żebrowski, znalazł swój telefon komórkowy z zestawem słuchawkowym i zaczął dzwonić. Sto sześćdziesiąd dni na planie to sporo, a komórka to często jedyna możliwość kontaktu z bliskimi.
   Zanim zmorzył nas sen, pani Ela dodała jeszcze:
   - Kino rządzi się własnymi prawami, do których twórcy muszą się dostosować. W filmie nie ma miejsca na głęboką psychologię, socjologię. Jest on kierowany do szerokiego grona odbiorców. Ważna jest akcja, skoncentrowanie na postaci głównego bohatera. Te czynniki mają przyciągnąć widza do kin.

   Nie jest żadną tajemnicą, że pieniądze włożone w realizację "Wiedźmina" muszą się zwrócić, film ma ponadto przynieść wymierne zyski. Fani twórczości Sapkowskiego stanowią niewielki odsetek przyszłych widzów, film jest więc robiony z myślą o przeciętnym widzu, który nie zna prozy AS-a, lub nie jest nią w większym stopniu zainteresowany. Taki punkt widzenia narzuca konstrukcję, o której mówiła pani Elżbieta. To oznacza, że film ma szansę na przyciągnięcie ludzi do kin, nie mogąc jednocześnie sprostać naszym wymaganiom.
   Wieczorem byliśmy już w Karpaczu, pod hotelem 'Skalny'. W środku basen, kasyno, jubiler. Pan Mizak rozdał plan pracy na następny dzień. Ekipa udała się na spoczynek. Początek zdjęć zaplanowany został na godzinę 7.30.


   W środę rano zapytałem Michała Szczerbica jak naprawdę wygląda filmowe Wiedźmińskie Siedliszcze, jako że do tej pory nikt nie był w stanie jednoznacznie tego stwierdzić.
   - Kaer Morhen to teren mający kształt kotliny. Kształtem przypomina opuszczoną kopalnię odkrywkową węgla brunatnego. W zboczach kotliny mieszczą się jaskinie, w których mieszkają wiedźmini. Teren "kopalni" ma spełniać zadanie Szlaku - miejsca, w którym wiedźmini śrubują swoje umiejętnności i kondycję.

   Niemal cały dzisiejszy dzień zdjęciowy wypełni kręcenie sceny do jednego z odcinków serialu. Będzie to napad elfów na wiedźminów jadących do Kaer Morhen. Geralta z nimi nie ma, więc Michał Żebrowski jest chwilowo wolny. W rejestrowanym fragmencie jeden z wiedźminów ucieka lasem, w którym roi się od elfów ukrytych za drzewami. Szybko zostaje trafiony strzałą, potem drugą. Tnie mieczem jednego z przeciwników, przechodzi kilka kroków po czym klęka na kolano, pada i umiera. Drugi wiedźmin zamaszyście dobija rannego łucznika i znika za drzewami. Ta krótka, jak mogło by się wydawać, scena wypełniła czas aż do południa. Po obiedzie ekipa udała się w wyższe partie gór. Tam dograna została wcześniejsza część epizodu: wiedźmini, dwóch na koniach i jeden kierujący wozem, jadą leśną dróżką w kierunku Kaer Morhen. Ich uwagę przykuwa dziwny szelest, chwilę później woźnica zostaje ugodzony prosto w serce. Wiedźmini ruszają z kopyta i galopują przed siebie, w poszukiwaniu dróżki prowadzącej do lasu.
   Potem na planie pojawił się koń Geralta. Jest potrzebny do nakręcenia końcowych fragmentów dwunastego odcinka. Geralt jedzie do Kaer Morhen, aby powiedzieć wiedźminom : "Jestem przeklęty, ale wolny". Podczas zdjęć Żebrowski sprawiał wrażenie bohatera westernów, który odjeżdżając w stronę zachodzącego słońca znika za widnokręgiem. I faktycznie, podczas kręcenia słońce powoli zachodziło. Niespodziewanie zerwał się silny wiatr, który wywołał efekt "rozwianych włosów". W rzeczywistości Żebrowskiemu szczękały zęby a śnieg zasypywał oczy. Mimo to udało się uporać ze sceną i dzień zdjęciowy został zakończony. Pozostało wyciągnąć samochody z zasp i wracać do hotelu. Na miejscu pan Mizak standardowo rozdał plan pracy na kolejny dzień i po kolacji ekipa udała się na spoczynek.

   Spędziłem dłuższą chwilę na rozmowie z Markiem Cydorowiczem, popularnie zwanym Cydorem. Marek oficjalnie pełni funkcję asystenta reżysera, specjalisty od scenariusza i prozy Sapka. Nadobowiązkowo pstryka wszystkie klapsy i jest dobrym duchem ekipy. W towarzystwie Cydora nie można się nudzić, potrafi znakomicie wszystkich rozbawić. Myślę, że gdyby zechciał, mógłby zagrozić pozycji Marcina Dańca na polskiej scenie satyrycznej. Przypomina go posturą i zachowaniem.
   - Jak dobrze znasz prozę Andrzeja Sapkowskiego?
   - Czytałem jego opowiadania w "Fantastyce" kiedy jeszcze niewiele osób się nimi interesowało. Przeczytałem wszystkie, potem przyszła pora na książki.
   - Interesujesz się fantastyką w ogóle, czy tylko Sapkowskim?
   - Nie tylko, czytam również np. Tolkiena.
   - Musisz dobrze znać prozę Asa. Jakie masz o niej zdanie?
   - Jak najlepsze. Właściwie, jest tylko jeden niewielki wątek, który niespecjalnie mi się podoba. Jeden z pośród wszystkich książek. Nie da się jednak ukryć, że to jest literatura popularna, do czytania absolutnie dla każdego. Lekka, przyjemna.
   - Czy to ze względu na zamiłowanie do Sapka chciałeś się zatrudnić do pracy przy filmie?
   - Tak, głównie z tego względu.
   - Jakie pytanie padają pod twoim adresem?
   - Najczęściej o przypomnienie kształtu całej sceny, której fragment właśnie kręcimy. Wiesz, żeby nie było żadnych śmiesznych niezgodności. Czsami również pada pytanie typu "Jak to było u Sapkowskiego", więc cały czas muszę być dobrze zorientowany w treści książek i scenariusza.
   - Jakie są twoim zdaniem między nimi rozbieżności?
   - Hmm... nie jest łatwo jednoznacznie odpowiedzieć. Mówiąc ogólniej, całkiem spore.

   Cydor podążył do swojego pokoju, a ja skorzystałem z chwili wolnego czasu i obejrzałem wnętrze samochodu wożącego ekwipunek. Zdecydowaną większość miejsca zajmuje w nim broń. Po jednej stronie spora kolekcja mieczy, po drugiej topory i halabardy. Osobno leżą łuki i strzały w kołczanach. Broń to głównie plastikowe i drewniane atrapy, można też napotkać egzemplarze ze stali. Miecz wiedźmina występuje we wszystkich odmianach. Atrap używa się ze względów bezpieczeństwa, są też znacząco lżejsze. Gdy efekt wizualny byłby niezadowalający, trzeba użyć prawdziwego miecza. Wówczas wokół Geralta pozostaje sporo pustej przestrzeni. Tak na wszelki wypadek. Zawsze istnieje ryzyko, że miecz wypadnie mu z ręki i poleci w kierunku czyjejś głowy, co może wywołać bardzo niepożądane konsekwencje...


   W ostatnim dniu mojego pobytu z ekipą kręcono scenę spotkania wiedźmina ze starym druidem na szlaku wiodącym z Kaer Morhen (odcinek 12) oraz scenę, w której wiedźmin napotyka ludzi torturowanych przez Renfri (odcinek 9):
   Jadąc ścieżką w pobliżu lasu wiedźmin spostrzega spalone szałasy i martwe ciała, całe we krwi. Dochodzą do niego błagalne szepty żywych jeszcze ludzi, okrutnie ponabijanych na zaostrzone pale. - Kto to zrobił? - pyta. - Kobieta-potwór. Dobij mnie. - mówi błagalnym głosem jeden z nieszczęśników. Wokół Geralta rozlegają się ściszone głosy "Bracie wilku, pomóż nam"... Wiedźmin zsiada z konia i powolnym ruchem wyjmuje miecz. Zamyka oczy i z wrzaskiem wykonuje serię mocnych cięć. Oddychając z trudem, opiera się na mieczu wbitym w ziemię. Reżyser mówi, że to jedyny fragment filmu, w który wiedźmin krzyczy. Po dodaniu odpowiedniej muzyki i dźwięków powinien być jednym z lepszych fragmentów "Wiedźmina".

   Ustawienie statystów do tej sceny zajęło reżyserowi i pomocnikom około trzech godzin. Wśród filmowców zapanowała lekka konsternacja, gdy ktoś rzucił pierwszą śnieżkę, jednak za za nią posypał się cały grad kul. Michał Żebrowski wycinał ze śniegu największe bryły i zawzięcie polował na kobiecą część ekipy. Nikt nie mógł być pewny swojego losu. Co chwilę kupa śniegu lądowała komuś na głowie. Jedna z dziewczyn uśmiechnęła się do mnie rozbrajająco, po czym z nienacka walnęła mnie kulką prosto między oczy. W pościgu za nią omal nie połamałem się o nogi Geralta, który wycinał wiedźmińskim mieczem kolejną pokaźną bryłę. Niektórzy postanowili nie brać udziału w zabawie i poopalać się w górskim słońcu, co często kończyło się dla nich śniegową maseczką upiększającą. Potem ktoś rzucił hasło "wszyscy na wiedźmina", i dopiero się zaczęło. Michał Żebrowski dopadł liny, zrobił sobie lasso po czym złapał nań Magdę (dziewczynę, która zajmowała się filmowymi końmi) i zaczął ją ciągnąć w swoim kierunku. Ekipa pokładała się ze śmiechu.

   Żarty się jednak w końcu skończyły i trzeb było nakręcić rozmowę Geralta ze starym druidem. Wyglądało to mniej więcej tak:
   Wiedźmin i druid spotykają się na środku drogi, idąc z dwóch różnych kierunków. Geralt prowadził swojego konia. Kamera z oddali rejestruje, jak Geralt zadaje druidowi jakieś pytanie, ten po chwili zastanowienia kręci przecząco głową.
   - Znajdziesz ją, kiedy twoje serce będzie czyste - mówi.
   - Co mam zrobić? - pyta ze smutkiem w głosie wiedźmin.
   - Uwolnić się... od przeszłości. - odpowiada druid.
   Geralt zawraca konia i powoli odchodzi. Stary druid patrzy za nim chwilę, po czym nie spiesząc się rusza dalej swoją drogą.
   Być może była to scena kończąca serial, nie jest to jednak pewna informacja. Mimo, że zaplanowane było dwanaście odcinków, nie jest wykluczone powstanie ponadprogramowego, trzynastego.

   Tu kończy się moja relacja. W ciągu tych kilku dni uczyniłem parę spostrzeżeń, o których wypada napomknąć. Zadano mi kiedyś pytanie, kto ma decydujący głos na planie. Wbrew pozorom nie jest to reżyser Marek Brodzki, a Michał Szczerbic, producent i autor scenariusza. Ta sytuacja jest niekorzystna o tyle, że jego pomysły pozostawiają wiele do życzenia. Marek Brodzki, człowiek niezwykle sympatyczny, musi niestety znosić innowacje Szczerbica, choć sprawia wrażenie znacznie lepiej znającego się na rzeczy. Czasami delikatnie napomina producentowi, że może jednak wypadałoby to zrobić inaczej, jest jednak często ignorowany a jego wizja odrzucana. Względny spokój pan Marek ma jedynie wtedy, kiedy Michała Szczerbica nie ma na planie. To jednak zdarza się nieczęsto.
   Atmosfera na planie jest niezmiennie pogodna, a kuchnia pani Bogusi Filipek znakomita. Potwierdziły się również słowa pana Zbyszka Nietresty, który mówił jeszcze w Bolkowie, że ekipa potrafi solidarnie pracować dla dobra filmu. Kiedy pod znakiem zapytania stało dokończenie zdjęć, każdy, kto był pod ręką brał łopatę i rozkopywał śnieg, żeby samochody mogły podjechać pod górę. Wszyscy oprócz Michała Szcerbica, który widocznie nie kala sobie rąk podobną pracą. Robota była męcząca, ale przyjemna.

   I ja tam byłem, miód i wino piłem, co mogłem, pomagałem, samochody pchałem i relację pisałem. Tak powstała ta notatka, którą niniejszym oddaję czytelnikom Filmowej ku zaspokojeniu ciekawości i podniesieniu temperatury ciał waszych i dusz, które z utęsknieniem czekają na to, co z całego bałaganu wyniknie.

© 2001 Łukasz "Kruk" Wasilewski
gondor@polbox.com