Strona główna Sapkowski Zone -=[ Strona Filmowa poświęcona ekranizacji prozy Sapkowskiego ]=-

 

Geralt cienki jest

Szymon Charkiewicz aka Tengu


Nadchodzi zima a wraz z nią sezon sportów zimowych. Jedną z czołowych pozycji zajmuje wśród nich łyżwiarstwo figurowe. W czasie kilku kolejnych miesięcy zawodnicy (oraz - co szczególnie interesuje panów - zawodniczki) z całego świata będą konkurować w tej pięknej i niezmiernie trudnej dyscyplinie z pogranicza tańca i baletu. W tym samym czasie na innych lodowiskach będą mierzyć się drużyny hokejowe, rywalizację sportową przerywając od czasu do czasu krótkimi, widowiskowymi "naparzankami". Niby coś obie te dyscypliny łączy, ale czy aby na pewno? Nikt przecież nie będzie stawiał hokeisty na tafli dla łyżwiarzy figurowych, jak i nie będzie kazał łyżwiarzowi figurowemu grać w hokeja - tylko dlatego, że obaj świetnie jeżdżą na łyżwach.

O tej zasadzie zapomnieli producenci "Wiedźmina". Wrzucają nagle łyżwiarza figurowego na hokejowe boisko. Co ciekawe: kiedy wydaje się, że pozostali zawodnicy zaraz zatłuką go kijami, okazuje się, że sami nie bardzo wiedzą co z tymi kijami zrobić a i na łyżwach ledwo potrafią się utrzymać. Zdezorientowana publiczność nie wie jaką dyscyplinę ogląda, gdyż całość nie trzyma się żadnych ustalonych reguł i konwencji.

Z prośbą o ułożenie choreografii walk do filmu oraz przeszkolenie aktorów w zakresie walki wręcz i walki bronią, wytwórnia Heritage Films zwróciła się do Jacka Wysockiego, eksperta od japońskiej sztuki walki aikido. Jacek Wysocki jest bez wątpienia czołowym aikidoką w Polsce. Można go lubić lub nie, ale jego dorobek w zakresie rozwoju i propagowania tej sztuki walki w naszym kraju jest niepodważalny. Jest założycielem Polskiej Unii Aikido i posiadaczem najwyższego w Polsce mistrzowskiego stopnia (6 dan). Dlaczego w takim razie wybór jakiego dokonali producenci okazał się porażką? Dlaczego to samo aikido, które w filmach ze Stevenem Seagalem sprawia wrażenie groźnego i skutecznego, w filmie fantasy wygląda jak "hokej figurowy" czyli po prostu śmiesznie? Odpowiedź jest stosunkowo prosta, ale wymaga argumentacji.


Aikido a fach wiedźmiński.

Podstawowym błędem było przyrównanie "z urzędu" książkowego Geralta do aikidoki. I to z co najmniej dwóch powodów:

Po pierwsze:
Wiedźmin, z racji wykonywanego zawodu, musi dążyć do walki, do eksterminacji przeciwnika. Wyciąga miecz, bo za to mu płacą. Zabija, bo z tego żyje i po to celu został stworzony. Jest czymś w rodzaju bodyguarda ale i zarazem zawodowego mordercy, chociaż niejednokrotnie próbuje się od tego odżegnywać. Wiedźmin prowokuje i zabija - nawet wtedy, gdy nie jest to konieczne.

Tymczasem, zgodnie z ideą aikido, "wojna jest jednym z przejawów głębokiego zaburzenia harmonii. Jednak przeciwstawianie się agresji, harmonii nie przywraca - jeszcze bardziej pogłębia konflikt. Gwałtowności fal trzeba przeciwstawiać piasek plaż, wichrowi łan trzciny. Człowiek winien szukać sposobów podobnego neutralizowania agresji" (Miłkowski). Innymi słowy jest to sztuka rozstrzygania konfliktów w drodze "rozbrojenia" przeciwnika a nie jego destrukcji. "Aikido chce być bowiem konstruktywną sztuką walki a nie metodą obliczona jedynie na zniszczenie przeciwnika" (Ratti/Westbrook). Geralt wprawdzie czasami miewa dylematy, ale wyciągając miecz najczęściej zabija i to częstokroć "paskudnie". W opowiadaniu "Wiedźmin" król Foltest mówi: "Jestem pewien że zabiłeś tych opryszków wyłącznie dla rozgłosu, żeby wstrząsnąć ludźmi, mną. Jest dla mnie oczywiste, że mogłeś ich pokonać bez zabijania".

Po drugie:
Wspomniany miecz stanowi dla wiedźmina narzędzie pracy. Zdarza się że któregoś z przeciwników łupnie rękawicą, owinie łańcuchem czy rzuci widelcem, ale przede wszystkim posługuje się mieczem. Nosi go stale przy sobie i często używa nawet w sytuacjach, w których nie jest to konieczne. W aikido miecz pełni funkcję czysto pomocniczą a i to nie wszędzie. Jacek Wysocki pisze, że kiedy po stażu w Warszawie z mistrzem Fujitą (8 dan) zadał pytanie o szkołę walki mieczem stosowaną w nauce aikido usłyszał, że "w aikido nie ma technik boken [drewniany miecz używany w czasie treningu - SC]". Okazało się że założyciel stylu, M. Ueshiba, nie nauczał technik boken w Tokio (skąd Fujita pochodził), nie bardzo zresztą wiadomo dlaczego. Wiadomo natomiast, że techniki mieczem czy bokenem w aikido, o ile w ogóle występują, mają charakter uzupełniający a nie podstawowy i służą przede wszystkim doskonaleniu timingu.

Pewne reguły występujące w zasadach fechtunku wykluczają również ukazanie ciekawych starć choćby z racji zasady oto-nashi-no-ken ("miecz nie przynoszący hałasu") która w praktyce niemal wyklucza zetknięcie dwóch kling. Nie można ukazać widowiskowego pojedynku w którym szermierze nie parują własną bronią zadawanych ciosów. Ścisłe przestrzeganie tej zasady powoduje, że w scenach pojedynków w "Wiedźminie", praktycznie nie ma złożeń.

Następstwa podjętej przez producentów decyzji rzutują na całą choreografię walk pokazanych w filmie. Nauka sposobów poruszania się wymaga "poświęcenia im określonego czasu" a "umiejętne poruszanie się (...) jest warunkiem sine qua non do rozpoczęcia właściwego treningu aikido. (...) pewnych elementów w budo nie można ominąć" (Wysocki). Z informacji prasowych wynika zaś, że ten sam Jacek Wysocki poświęcił raptem kilkanaście tygodni na nauczenie filmowego Geralta - Michała Żebrowskiego technik aikido. Technik! Ile czasu więc poświęcił na sam sposób poruszania się? Tydzień? Bez względu na to jak pojętny był uczeń, aikido należy do stylów w których niemożliwe jest przyswojenie sobie skomplikowanego systemu kroków (ashi) i obrotów (taisabaki) w tak krótkim okresie.

Dodatkowo aikido ma jeszcze jedną "wredną" wadę: "(...) nie akceptuje oszustwa, wszystkie braki bezlitośnie obnaża" (Wysocki), co niestety widać. Aikido w złym wykonaniu nie sprzedaje się ani jako budo, ani jako prezentacja. Michał Żebrowski zaś aikidoką nie jest, dlatego to, co pokazuje na ekranie, wygląda jak wygląda. Książkowy wiedźmin wykonuje swoją robotę jak profesjonalista. Biegnie tylko wtedy gdy jest to niezbędne dla osiągnięcia celu (patrz opowiadanie "Mniejsze zło"). Porusza się oszczędnie, ale jeśli zachodzi potrzeba potrafi uderzyć niczym błyskawica, prezentując przebogaty arsenał technik walki. Geralt w reżyserii Marka Brodzkiego miota się, nie potrafi za bardzo posługiwać się mieczem i jest przerażająco wolny.


Kopiuj-wklej czyli jak przedstawiono walki na ekranie.

Geralt w całym filmie przeciwko potworom wyciąga miecz raptem cztery razy, zaś przeciwko ludziom - osiem. Walk z potworami nie będę analizował, gdyż w filmie tych walk... nie ukazano wcale. Trudno obronę A. Buzek (vel Pavetty) i kniahini Kurcewiczowej (vel Calanthe) przed Wielkim Tasiemcem Uzbrojonym (wijem) nazwać walką - a tym bardziej młóckę trzciny na bagnach, czy mieszanie wody na przedmieściach Blaviken. W przypadku wija to ten po prostu wstaje spod ziemi, ryczy, dostaje jedno cięcie, drugie, zostaje pchnięty w okolice szyi (a w każdym razie pod łbem) i odchodzi w piankowo-lateksowe zaświaty. Na otarcie łez za substytut walki (co najwyżej), może służyć starcie na moście z gremlinami znanymi także jako gnomy-dziobaki.

Przeciwko ludziom zabójca lateksowych potworów wyciąga miecz znacznie częściej. Ma to miejsce w czasie zaręczyn A. Buzek; na łące w obronie konika morskiego aka smoczątka; w pojedynku z urodzonym Taillesem; w walce z bandą Dzierzby w Blaviken; w pojedynku z samą Dzierzbą; przy odgłowieniu Cykady; w starciu z Zakonem w Novigradzie (?) oraz w czasie "sądu bożego" przed H. Talarem.

Pierwszy raz Geralt dobywa broni przeciwko ludziom w remontowanej salce, w której odbywa się właśnie mała uroczystość rodzinna z udziałem zaproszonych gości (idealnym tłem muzycznym dla tej sceny byłby utwór "U cioci na imieninach" Szwagierkolaski). W wyniku nieporozumienia na linii matka-córka-zalotnicy zostaje zaatakowany jeden z kandydatów do ożenku. Geralt staje w jego obronie. Z rąk Wiedźmina ginie jeden zalotnik (Bolec) i jeden strażnik. Obaj w ten sam sposób, w wyniku horyzontalnego cięcia do-giri w okolice brzucha. Ten moduł został następnie skopiowany (Ctrl+C) i wykorzystany w dalszej części filmu.

Potem widzimy jak ekologiczny Geralt bierze udział w obronie konika morskiego chyżo umykającego w trawie, wszak gatunek to niezwykle rzadki. Skrzetuski wyjmuje szablę i zabija trzech adwersarzy. Bóg jeden wie po co tak się wysila i np. w międzyczasie robi piruet skoro przeciwnicy naprawdę nie chcą mu utrudniać zadania i bardzo chcą być pokonani (Ctrl+V). Co ciekawsze piruet robi w lewą stroną i tnie... również od lewej strony. Ciekawe skąd wziął impet do zadania tego ciosu, to chyba efekt mutacji.

Pojedynek z Taillesem, czy raczej idea jego przedstawienia, to jedyna scena, w której moim zdaniem film przewyższył literacki pierwowzór. Motyw z zawiązaniem oczu oraz kwestie wypowiadane przez Geralta to pomysł, za który należą się słowa uznania. Za sam pojedynek - już nie. Było dobrze, ale nie rewelacyjnie. Wzorem mógłby być film "Blind Fury" z Rutgerem Hauerem, a szczególnie scena z torebką w barze (kto oglądał, wie o co chodzi).

Kolejna scena, czyli osławiona "rzeźnia" w Blaviken, częstokroć wzbudza zachwyt ze strony widza niezaangażowanego literacko. Widz zaangażowany milknie ze zdumienia gdy widzi "The Disappearance of Michal Shebrovsky" - prezent od scenarzysty. Wcześniejsze odbicie bełtu jest niezłe, tylko jakim cudem bełt wbił się w słup miast przekoziołkować? Nie czepiam się, taka konwencja. Dalej jest niestety nieporozumienie. Gdy myślałem, że będzie ciekawie, że wiedźmin znajdzie się pośrodku koła otoczony wrogami, rozpoczyna się dalsze beznadziejne wyrzynanie według zasady: "idziemy po kolei panowie, nie utrudniamy, nie utrudniamy!" czyli Ctrl+V, Ctrl+V, Ctrl+V... Mała uwaga dotycząca oczu Geralta. Słyszałem głosy zachwytu, jakiż to wspaniały, oryginalny, pomysł powiększyć Michałowi Przystojnemu tęczówki, coby duże czarne oczy miał. Otóż motyw ten jest wrednie zerżnięty z "Highlandera" z 1985 roku. Clancy Brown (Kurgan) w pojedynku z Lambertem w finałowej scenie ma dokładnie takie same głaza jak Pan Tadeusz po eliksirach.

Fatalny układ i umiejętności szermiercze wychodzą na jaw w czasie pojedynku z Kingą Ilgner vel Renfri vel Dzierzba vel Kobieta Potwór. Nie wiem nawet kogo tu bardziej winić: choreografa (mimo, iż nie przypomina to ani aikido, ani w ogóle czegokolwiek) czy trenera szermierki Tomasza Abramskiego. Sama scena ma pewną poetykę, której nie można jej odmówić (do wychwycenia tylko przez widzów czytających wcześniej opowiadania). Ale poetyka plus uroda ślicznej Kingi Ilgner, to trochę za mało by o pojedynku powiedzieć że był dobrze pokazany. Sztuczność złożeń jest porażająca. Jest ich w walce tylko sześć (a w całym filmie chyba osiem), dobrze jednak, że nie więcej. Gdyby miast Kingi Dzierzbę grała aktorka gorszego (wizualnie) sortu, prawdopodobnie usiadłbym tyłem do ekranu, jak uczynił to siedzący koło mnie Sir Pukealot. Walka toczy się zdecydowanie za wolno. I jeszcze nieme pytanie które zadają sobie widzowie na sali: od czego ona właściwie umiera? Skoro była cięta w brzuch (Ctrl+V), a przynajmniej tak to wyglądało, to dlaczego pada z rozciętymi rajtuzami i skąd przyczyna zejścia? W książce Geralt tnie Renfri z dołu przez udo i pachwinę. Zdaję sobie sprawę że na ekranie mogłoby to wyglądać wielce niestosownie, ale skoro już zmienia się przyczynę śmierci dziewczyny to czy trzeba tej scenie od razu odbierać realizm?

Dekapitację Cykady pominę dyskretnym milczeniem, zadam jednak jedno pytanie. Czy Cykada, doświadczony zabijaka, stałby odrętwiały czekając aż Geralt wysłucha jego zdziwionego okrzyku, wypowie spokojnie swoją kwestię, zarzuci mu ręcznik czy tam co na głowę, po to by ją za chwilę odciąć? Odpowiedzi proszę wysyłać e-mailem na adres: absurd@wiedzmin.szczerbic.pl

Walka z przedstawicielami Zakonu Białej Róży to powtórka poprzednich schematów, plus dodatek w postaci autorozbrajania Geralta. W tym sezonie (a'propos ileż to sezonów minęło w ciągu raptem dwóch godzin filmu) modne stało się widocznie rzucanie przedmiotami ostrymi, więc Skrzetuski najpierw ciska włócznią, potem puginałem. Dalej udaje mu się pozbyć drogocennego srebrnego miecza. Motyw miotania nietypowym orężem został zdaje się zapożyczony od saracenów z "Robin Hooda". W serialu z Praedem jataganem rzuca Mark Ryan, w filmie z Costnerem robi to Morgan Freeman przy pomocy kilidża.

"Sąd boży" (to od ordaliów, jak się domyślam, skąd jednak w never-never-landzie ordalia?) otwiera niezła scena, w której Pan Tadeusz odrzuca oferowaną mu broń mówiąc: "zabiorę sobie od nich". Kwestia mówiona chwilę wcześniej ("wy trzej zginiecie pierwsi") brzmi jednak mało przekonywująco. My, widzowie, wiemy już, że Geralt radzi sobie w walce nieszczególnie i wcale nie jesteśmy tacy pewni przewagi Białego Wilka. Wprawdzie do tej pory oponenci wyraźnie pozwalali mu wygrywać, ale ileż można. Po chwili okazuje się jednak, że można a wiedźmin jak zwykle miał rację. Nie dlatego jednak, że nauczył się z nagła władać orężem, ale dlatego, że zakonnicy Białej Róży w ogóle nie wiedzieli co się z tym orężem robi (Ctrl+V, Ctrl+V). Rozpoczyna się... ale może oddajmy głos innym. Otóż na długo przed premierą filmu, KZH (ani chybi prorok) napisał na łamach Forum Filmowej fanfiction pt. "Zatrute źródło", w którym na podstawie przecieków scenariusza i informacji z planu przedstawił wizję mającą być w swoim założeniu parodią. Oto króciutki fragment:

(...) Jęknęły zwolnione jednocześnie cięciwy. Rój strzał pomknął w kierunku białowłosego rycerza, jednak dla niego poruszały się jak w zwolnionym tempie. Szybciej niż zwykły człowiek mógłby zauważyć, Gerald cisnął włócznią, rzucił nożem, po czym pobiegł w stronę wrogów bez problemów odbijając dwoma mieczami groty. Wpadłszy pomiędzy Elfów nie zadał jednak żadnego cięcia, odrzucił miecze i rozpoczął dziwaczny taniec obrotów i uników.

- To nasza tajna sztuka walki bez walki - wyjaśnił mętnie Vesemir. Kapłani uśmiechnęli się niepewnie. Tymczasem Gerald próbował chwytać skonfudowanych Elfów za ubrania i przewracać ich na ziemię.

- Chodzi o to, aby wykorzystać siłę wroga przeciwko niemu... - mruknął bez przekonania Wielki Kapłan. Elfowie jednakowoż nie chcieli uznać wyższości techniki białowłosego i, przewróceni, złośliwie wstawali (...)

Największy żal mam do twórców filmu o niepokazanie walki finałowej. Można by przecież nakręcić super pojedynek między Żebrowskim a Krzywonosem. Mogło być widowisko że palce lizać, ratujące chociaż w części to, co widz zobaczył wcześniej. Nawet płakać mi się jednak nie chciało po zobaczeniu, jak rzekomy eks-wiedźmin renegat Kozłowski pada nie wykonując nawet jednego cięcia.

Tyle tytułem tego, co zostało ukazane na ekranie. Czy można to było zrobić lepiej? Z całą stanowczością odpowiadam: TAK! Dużo lepiej, nie dokładając ani złotówki do planowanego budżetu. Swoje przekonanie opieram na kilku przesłankach, które postaram się pokrótce przedstawić.


Rapier versus mantikora

Wiele osób na długo przed premierą negowało decyzję o wyborze aikido, sugerując którąś z europejskich szkół miecza. Czy to by coś zmieniło? Dlaczego nie wykorzystano dorobku europejskich szkół walki białą bronią, przecież praojciec współczesnej fantasy - św. Jerzy - smoka zatłukł bynajmniej nie przy pomocy katany!

Nie wiem, jakie przesłanki stały za podjętą decyzją, wiem jednak, dlaczego mimo wszystko nie powinno się ustawiać takich walk na bazie szkół starego kontynentu.

Europejska sztuka władania orężem wczesno- a nawet późnośredniowieczna była daleka od finezji i dokładności z jakiej słynęły japońskie sztuki walki. Na terenach europejskich stosunkowo późno odrzucono tarczę koncentrując się na zadawaniu ciosów oraz parowaniu tychże wyłącznie mieczem co w gruncie rzeczy stanowi o istocie szermierki (Nadolski). Na terenach Japonii użycie tarczy było nader ograniczone gdyż samuraj walczył najczęściej trzymając oręż oburącz (Żygulski), co traktowane jest jako wyraz daleko posuniętej precyzji. Geralt tarczy nie używa, natomiast silhilem posługuje się bardzo precyzyjnie i niezmiernie szybko.

W Europie stopniowe odrzucenie tarczy szło w parze z przekształceniem mieczy ze swojej pierwotnej formy w broń lżejszą i efektywniejszą, bardziej "wyspecjalizowaną". Doskonalenie zbroi determinuje przekształcanie dotychczasowych mieczy z topornego najczęściej i ciężkiego żelastwa w broń bardziej skuteczną. Pojawiają się nowe typy oręża ewoluujące w dwóch kierunkach: jako broń sieczna (głównie szabla, karabela, niektóre odmiany tasaków, "wielkie miecze") oraz kłujna (głównie koncerz, rapier, szpada, niektóre odmiany pałasza, "małe miecze"). Część broni próbowała pełnić obie funkcje (niektóre typy szabel, tasaki, pałasze, miecze-rapiery). Można oczywiście wyobrazić sobie, że wiedźmin walczy przy pomocy szabli czy szpady (najbliżej mu do miecza-rapiera), czy jednak choreografia fechtunku ułożona na bazie takiej szkoły byłaby w stanie oddać "klimat" walk opisanych w literaturze fantasy? Miecz-rapier, nie ujmując nic skuteczności owej broni, wyglądałby chyba mimo wszystko trochę śmiesznie w takim zastawieniu. Katana też nie jest bronią do jakiej przyzwyczaił nas Tolkien czy Sapkowski, myślę jednak, że gdyby w rękę Geralta włożyć półtorak i nauczyć go fechtować zgodnie z zasadami niektórych japońskich szkół walki (byle nie aikido bazującego zdaje się na kashima shinryu), to wtedy spora część "orientosceptyków" byłaby zadowolona.

Mój osąd opieram na przekonaniu iż widowiskowych i urozmaiconych technik walk mieczem europejskim tak naprawdę nie ma, a techniki walki rapierem, szablą czy szpadą zbytnio nie nadają się do filmów fantasy. Są wizualnie za "delikatne" a ponadto aż do bólu racjonalne i w sumie na dłuższą metę nadzwyczaj monotonne. Dlatego w różnych ekranizacjach Zorro czy wyeksploatowanych do granic przyzwoitości "Muszkieterów" Dumasa, bohaterowie co chwila a to wchodzą na schody, a to skaczą nie wiedzieć po co, a to rzucają się czymś, a to się gubią by za chwilę odnaleźć.

Chlubnym wyjątkiem jest tutaj kreacja Tadeusza Łomnickiego w "Potopie" i "Przygodach Pana Michała". Jego Wołodyjowski był bez wątpienia absolutnym mistrzem szabli. Pojedynek z Kmicicem - Olbrychskim to prawdziwy majstersztyk kinematograficzny. Przeciwko sobie stanęli przecież dwaj przeciwnicy o sławie niepokonanych. W tym pojedynku nie ma monotonii, a przy całej swojej dynamice jest on jak gra w szachy. Tak jak w szachach, pierwsze ruchy identycznie wykonuje mistrz i uzurpator. Im dalej trwa rozgrywka, tym więcej słabszy gracz popełnia błędów, by w finale - bezradny i upokorzony - poddać partię. Piękne, ale czy nadaje się do przeniesienia wprost do filmów o smokach i elfach?

W filmach amerykańskich i europejskich różnica klas między fechtującymi była ukazana najczęściej poprzez szydercze nastawienie "lepszego" szermierza do przeciwnika. W starych ekranizacjach Zorro, czarny mściciel z uśmiechem wycinał "Z" na tylnej części ciała Garcii, Wołodyjowski mówi do Kmicica że ten "macha szablą jak cepem".

Powieściowy Geralt jest obojętny emocjonalnie, ale potrafi okazać swoją wyższość - głównie poprzez "paskudny uśmiech". Geralt tandemu Szczerbic-Brodzki nie uśmiecha się paskudnie bo jest na to za przystojny. Próbuje natomiast nadrabiać to tekstami. Czasami jest to skuteczne, ale nie maskuje beznadziejności późniejszej choreografii. Wyobraźmy sobie jednak że Geralt oprócz wygłaszanych tekstów potrafi jeszcze władać mieczem jak Adrian Paul w "Highlander Endgame". Toż to byłby efekt że proszę siadać... Pytam: czy mimo wszystko nie lepiej jest wykorzystać niekwestionowany dorobek Kraju Kwitnącej Wiśni lub Chin, sięgając do mniej znanych szkół i styli fechtunku, trudniejszych wprawdzie, ale nie opatrzonych jeszcze w kinie?


Alternatywa dla aikido

No tak może ktoś powiedzieć, czepiam się szkół europejskich, a przecież Geralt walczy w stylu dalekowschodnim. To prawda, lecz określenie "style dalekowschodnie" czy nawet "style japońskie" jest bardzo, bardzo szerokie. Jak wspominałem, miecz stanowi tylko dodatek do aikido, nie jego podstawę, dlatego trudno jest na tej bazie ułożyć styl walki który odpowiadałby współczesnym kanonom kina fantasy. Ponadto aikido jest za mało dynamiczne, i tylko "tak szybkie, jak szybkie są ataki przeciwników" (Miłkowski). Stąd nawet przy poprawnie wykonywanych przez M. Żebrowskiego technikach odnosi się wrażenie, że porusza się on nazbyt wolno.

Zupełnym nieporozumieniem jest wplecenie technik samoobrony rodem z pokazu dla telewizji. Dobrze, że walki wręcz w ogóle zostały pokazane, źle, że w tak fatalny sposób. Geralt, próbując wykonać którąkolwiek z technik wykonywanych w ruchu kołowym (kote-gaeshi, irimi nage) w tempie, w którym wykonuje je Żebrowski, naraziłby się na wpakowanie miecza w plecy. Ruchy które by pasowały to mojej ocenie sekwencje ze szkoły takagiyoshin-ryu jutaijutsu lub koto-ryu koppojutsu. Na atak przeciwnika najczęściej odpowiada się jednym, dwoma szybkimi ruchami, ewentualne rzuty wykonuje się szybko, bez amortyzacji przeciwnika (np. ganseki otoshi). Sama nauka zajmuje o wiele mniej czasu, a widowiskowego przedstawiania (nie stosowania - to duża różnica) technik można nauczyć nawet osobę bez większego doświadczenia.

Techniki takagiyoshin ryu mają jeszcze jedną zaletę. Były tworzone specjalnie dla potrzeb ochrony gołymi rękami przed atakiem mieczem (techniki mutodori) i przewidują obronę przed prawie każdym rodzajem takiego ataku. Dlatego filmowcy mogliby spokojnie rozszerzyć zakres ataków przeciwników Geralta nie ograniczając ich tylko do cięcia pionowego "z góry" (shomen giri) zadawanego w dodatku najczęściej w jednej z najbardziej wyeksploatowanych "filmowych" pozycji jodan (daijodan) no kamae. W przeciwieństwie do aikido które powstało relatywnie późno i na specyficznych warunkach (abstrahując od korzeni jakim było aiki-jutsu), takagiyoshin-ryu jest szkołą starą, a jej celem było nauczenie realnej samoobrony przed rzeczywistym zagrożeniem. Stąd jej określenie jako "szkoły ochroniarskiej" (Hayes, Daniel). Nie ma tu skomplikowanych układów, jest za to prostota i efektywność widoczna na pierwszy rzut oka, połączona z widowiskowością.

W przeciwieństwie do Howardowskich opisów walk Conana, które w istocie rzeczy najczęściej ukazują bohatera jako pozbawionego finezji "rębajłę" o niebywałej wręcz sile, Sapkowski korzystając z terminologii typowej dla renesansowej i barokowej szermierki (z samą szermierką tego okresu nie miało to wiele wspólnego), próbuje nadać walkom Geralta lekkość i dynamikę nie ujmując przy tym nic ze skuteczności zadawanych ciosów. Co ciekawe, w czasie wizyty w Poznaniu dwa lata temu, autor powiedział że nie zna się na tym, a użyta terminologia po prostu pasowała mu do opisów ("to tylko czarne litery na białym tle"). Faktycznie, Andrzej Sapkowski na szermierce się nie zna gdyż analizując dwie walki Geralta step-by-step za nic nie mogłem sobie wyobrazić jakim cudem wiedźmin obie z nich przeżył. Jednocześnie autor przyznaje iż wzorem dla niego były filmy o wspomnianym wcześniej Musashim Miyamoto legendarnym japońskim mistrzu miecza o niekwestionowanych umiejętnościach w zakresie wyrządzania bliźnim krzywdy. Sapkowski tropiąc Musashi'ego, czy raczej jego filmowy wizerunek, uciekł jednak z opisami w sferę dynamiki (i dobrze) często odbiegając jednak dosyć daleko od realizmu (a szkoda).

Musashi był jednym z najlepszych szermierzy w kraju ogarniętym kultem miecza, przede wszystkim dlatego, że przy całym szacunku dla kenjutsu, potrafił wykorzystać jej słabości modyfikując niedorzeczne, sprzeczne z Prawem Wojennym i logiką zachowania i techniki. Wprowadził też własne, racjonalne, ulepszenia. Gwoli sprawiedliwości idea jego szkoły-dwóch-mieczy (niten-ichi-ryu) wskazuje na dalekie podobieństwo do walki rapierem i lewakiem, a skądinąd wiadomo, że Musashi studiował także niektóre z europejskich metod posługiwania się białą bronią.

Wiele idei Musashi'ego uznano w Japonii za mało honorowe, jak choćby "drogą mi jest jedynie odnosić zwycięstwo jakąkolwiek bronią". Była jednak pewna grupa zawodowa która dużo wcześniej przyswoiła sobie to i podobne hasła stosując je z powodzeniem w praktyce. Ta grupa to oczywiście adepci szeroko rozumianego ninjutsu czyli ninja.

Niemalże ideałem z mojego punktu widzenia (który prezentowałem na Forum Filmowej rok temu) byłoby ustawienie walk w "Wiedźminie" na bazie oryginalnego systemu stworzonego na bazie kukishin-ryu happo hikenjutsu i togakure-ryu ninpo styli wchodzących w skład współcześnie nauczanego ninjutsu (budo taijutsu). Miecz w tych stylach jest wykorzystywany użytkowo, nie zaś jako narzędzie kultu. Jest dynamiczny, szybki, a w ciekawej prezentacji (Sho Kosugi, Adrian Paul) bardzo widowiskowy.


"Sword masterzy" i choreografowie Hollywoodu

Jak ów problem rozwiązują za oceanem ci, którzy podchodzą do tematu realizacji filmów bardziej profesjonalnie? Odpowiedzi nie trzeba daleko szukać. Wystarczy spojrzeć komu zaufali producenci "Władcy pierścieni". Wybór padł na Roberta Andersona. To numer jeden hollywodzkich choreografów, praktyk i znawca japońskich sztuk walki. Ten wpływ bez wątpienia widać w takich pozycjach kina jak: "Highlander" (część I i serial) czy "Star Wars" (epizody V i VI). Dzięki Andersonowi Antonio Banderas w "The Mask of Zorro" jest fantastycznym i dynamicznym szermierzem mimo, iż nie reprezentuje on stylu żadnej z europejskich i latynoskich szkół szermierczych, które podówczas istniały. A może właśnie dlatego. Inna sprawa, że Anderson nie należy do choreografów tzw. szybkiego miecza, dlatego w filmach w których szermierka odgrywa rolę dominującą zdecydowanie wybijając się ponad treść (np. "Highlander Endgame") nie zobaczymy go na liście płac.

Inny znany choreograf, Nicholas Powell (m.in. "Braveheart"), również często sięga po wzorce dalekowschodnie, co widać szczególnie w scenie na małej arenie w "Gladiatorze". Crowe przy pomocy jednoręcznych "gladiusów" walczy tam typowym niten-ichi-ryu (szkoła walki dwoma mieczami Musashi'ego - patrz niżej) z niewielkimi w istocie modyfikacjami wynikającymi głównie z różnic długości broni. Gwoli drobnego wyjaśnienia - "gladius" był mieczem przeznaczonym przede wszystkim do kłucia (Nadolski), natomiast Maximus używa go głównie do cięć.

W innym widowiskowym pojedynku brak elementów sztuk walki zubożyłby scenę do granic przyzwoitości. Mowa oczywiście o "The Phantom Menace". Pomysł jaki wdrożył Nick Gallier, choreograf i kaskader, polegał na stworzeniu absolutnie nowego stylu walki poprzez umiejętne połączenie technik kenjutsu z elementami akrobatyki, wzbogacając to wszystko o uderzenia i kopnięcia typowe dla azjatyckich sztuk walki. Wydatnie pomagał mu Ray Park (filmowy Darth Maul) bedący praktykiem kilku stylów walki. Gwoli sprawiedliwości muszę dodać, że Gallier w niewielkim stopniu (ale zawsze) korzystał z dorobku europejskich szkół szermierki.

Można by się zastanowić jak udało się uzyskać efekt walki w salonie antyków we wzmiankowanym wcześniej filmie szybkiego miecza czyli "Highlander Endgame". Odpowiedź przychodzi razem z listą płac. Nad efektami kaskaderskimi (bez kaskaderów rzecz jasna) i walką mieczem czuwało dziesięć osób, w tym osobny specjalista do aranżacji walk dla Adriana Paula (który i bez tego świetnie radzi sobie z kataną), osobny dla Bruce'a Payne'a, osobny od sztuk walki, osobny od układów walk na miecze w ogóle. W samych pojedynkach widać też spory wpływ miecza typowego dla chińskich sztuk walki. Kto wie, może w tą właśnie stronę będzie zmierzać hollywoodzki "swordsmastering".

Rzecz jasna żaden z istniejących systemów walki nie nadaje się wprost do przeniesienia na ekran, szczególnie w filmie fantasy. W każdym filmie akcji istnieje pewna niepisana umowa między reżyserem a widzem, granice której określa konwencja w jakiej film został zrealizowany, ale także zwykła przyzwoitość. Nikogo nie dziwią kilkumetrowe skoki w filmach made in Hongkong, ale przeniesienie tego samego skoku np. do filmów z Stevenem Seagalem trąciłoby naruszeniem konwencji a tym samym śmiesznością. W "Wiedźminie" właśnie nastąpiło złamanie zasad konwencji i przyzwoitości gdyż oponentami tytułowego bohatera są (nie występujący w świecie fantasy) prawie wyłącznie idioci o skłonnościach samobójczych, gdyż tylko oni atakują według schematu "odsłaniam się i daję się pokonać". Ponadto, panie reżyserze, ludzie nie giną od tego że ktoś ich przewrócił. Chyba że szli do walki w zaawansowanym stanie przedzawałowym.

Proszę mi wierzyć, naprawdę istnieją inne mechanizmy ataków grupowych i nie trzeba ich szukać w odległej przeszłości. Poza wzorcową sceną z wzmiankowanego "Highlander Endgame", wystarczy spojrzeć choćby na schemat ataku w scenie otwarcia filmu "Romeo must die" i zrobić coś podobnego. Russel Wong (z którego nota bene żaden specjalista od martial arts nie jest) bierze udział w bójce na dyskotece. Atakuje go tam w pewnym momencie trzech przeciwników na raz, jednocześnie, ten zaś sam broni się perfekcyjnie. Ewentualnych "porównywaczy budżetów" chciałbym poinformować, że nie zaliczam do tej sceny "latającego kopania" a'la "Matrix" a tylko i wyłącznie to co można było osiągnąć bez pomocy efektów specjalnych. Bez wątpienia zasługa w tym choreografa (David Soo).


Epilog

Przykładów dobrych choreografii można by wymieniać znacznie więcej. Kolejne filmy, następni aktorzy, świetne pojedynki i niezapomniane walki. Nie wiem czym kierowali się polscy realizatorzy podejmując decyzję o ograniczeniu choreografii do technik aikido. Reżyser, Marek Brodzki twierdzi, że aikido pasowało mu idealnie do książkowych opisów. Otóż panie reżyserze, aikido nie ma się nijak do książkowych opisów. Dwie sceny z opowiadań w których Geralt robi piruet to jeszcze nie aikido.

Tak, zdaję sobie sprawę że osiągnięty efekt wiele osób oceni jako niezły. Jednak w mojej ocenie do "niezłego" sporo mu brakuje, a od "dobrego" dzieli go przepaść. Można, naprawdę można było to zrobić dużo lepiej, jednak aby układać choreografię walk, trzeba mieć umysł otwarty na różne pomysły i różne rozwiązania. To nie konkurs na najlepszą szkołę walki i nie ma najmniejszego sensu trzymanie się jej idei, jeśli najzwyczajniej w świecie nie pasuje ona do konwencji, albo mimo całej swojej skuteczności, wygląda śmiesznie i niewiarygodnie.

W czasie projekcji odniosłem wrażenie, że nikomu na realizmie walk nie zależało. I dlatego smutno mi, że - w przeciwieństwie do książkowego pierwowzoru - w filmie Geralt najzwyczajniej... cienki jest.

Szymon Charkiewicz aka Tengu
autor jest z wykształcenia prawnikiem, od osiemnastu lat praktykuje sztuki walki wschodu, posiada stopnie mistrzowskie ninjutsu i taekwondo, prowadzi własną szkołę walki, do niedawna konsultant ds. samoobrony i walki wręcz, miłośnik twórczości Andrzeja Sapkowskiego


Wykorzystana literatura:
Charles Daniel "Taijutsu - The combat art. of ninja"; Masaaki Hatsumi (Yoshiaki) "Ninjutsu - History and tradition"; Stephen K. Hayes "Ninjutsu - the art of invisible warriors"; Bruce Lee "Tao of Jeet Kune Do"; Miłkowski Jerzy "Aikido - sztuka walki dla dżentelmenów"; Musashi Miyamoto "Księga pięciu kręgów"; prof. Andrzej Nadolski "Polska broń - broń biała", Tomasz Piotrkowicz "Podręcznik karate"; Oscar Ratti, Adele Westbrook "Sekrety samurajów"; Janusz Szymankiewicz "Samuraje"; Jacek Wysocki "Poznaj aikido"; Wojciech Zabłocki "Cięcia prawdziwą szablą"; prof. Zdzisław Żygulski jr. "Broń wschodnia" i inne