Trzynastego listopada w warszawskiej Sali Kongresowej miała miejsce uroczysta "premiera" filmu Marka Brodzkiego. Cudzysłów został tu użyty celowo, gdyż uroczystość tę zorganizowano cztery dni po wejściu "Wiedźmina" do normalnej dystrybucji. Choć bilety kosztowały od 30 do 50 zł, niemal wszystkie miejsca były zajęte. Na zaproszenie firmy Vision zjawiliśmy się także my - Ania i ja.
Przed rozpoczęciem projekcji pospacerowaliśmy po hollu Kongresowej, szukając znajomych twarzy. Z osób związanych z filmem rozpoznałem jedynie Macieja Kozłowskiego (Falwick) oraz Marka Brodzkiego (reżyser). Kilka minut przed dwudziestą zajęliśmy wyznaczone miejsca. Piętnaście minut później zaczął się show. Na początku Grażyna Torbicka przedstawiła aktorów, następnie producentów filmu. Dwie dziewczyny w dość przypadkowy sposób wręczały wywołanym osobom kwiaty. Gdy wszyscy znaleźli się już na scenie, rozpoczęły się przemówienia.
Pierwszy wypowiadał się Lew Rywin. Nie jestem w stanie zrekonstruować treści przeczytanego z kartki wystąpienia, gdyż było ono mało spójne. Kończąc, Rywin zaczął nucić filmowy przebój. Jako drugi do mikrofonu przystąpił Włodzimierz Otulak z Vision. Głównym tematem wystąpienia była "nagonka krytyki na film", której przeciwstawiał sukces frekwencyjny. Ocena jakości filmu poprzez pryzmat puchnącego portfela jest jak widać zakorzeniona głęboko. To, czy film "nie jest taki, jak jest przedstawiany", widzowie mogli zobaczyć już chwilę później. Jako trzeci wypowiadał się Marek Brodzki, który podziękował swojej ekipie i aktorom. Upoważniony przez Andrzeja Sapkowskiego powiedział też, że AS-owi film się podobał. Po odczytaniu listy sponsorów zgaszono światła.
Sala Kongresowa nie sprawdza się w roli kina. Światełka przy schodach i wyjściach były tak jasne, że w ich blasku można było obejrzeć dokładnie całe wnętrze. Ekran jest mały i oddalony od projektora. Także siedzenia nie mogą równać się z kinowymi (przynajmniej w tylnych rzędach amfiteatru). Gościłem w Kongresowej pierwszy raz, więc było to dla mnie nowością. Po zakończeniu projekcji rozległy się krótkie oklaski a publiczność zaczęła pospiesznie wychodzić.
Zapowiedziany bankiet składał się z paluszków, chipsów, owoców i napojów. Z ekipy filmowej zauważyliśmy jedynie Marka i Ewę Brodzkich, z którymi zamieniliśmy kilka słów. W kuluarach spostrzegłem też Martę Bitner, filmową Ciri.
W pociągu do Wrocławia przeczytałem po raz kolejny "Krew elfów" i po raz kolejny zachwyciłem się. Potem zacząłem zastanawiać się, czy chciałbym obejrzeć pięcioksiąg na ekranie. Chyba jednak bym nie chciał.
Tomek 'TomasH' Zieliński
tomash@fidonet.org.pl
|